Widzę, że tutaj przeniosły się opowieści z mchu i paproci obrastających nasze Alfy
Fajnie, że są ludzie, którzy widzą w autach coś więcej niż tylko sposób na przemieszczanie się i potrafią się tym dzielić - w sumie po to to jest to forum. Mam TSa, więc niby nie ta zakładka, ale skoro piszecie swoje historię to i ja dopiszę swoją - może ktoś zobaczy w niej ślad swoich decyzji i przemyśleń a może komuś się w czymś przyda... Ja w każdym razie mam wolne przedpołudnie i wyżyję się na was
Maj story jest takie

155 to mój pierwszy samochód. Długo żyłem bez prawa jazdy, i dobze - jak mawiał Pyzdra, bo nie było mi jakoś potrzebne. Dziewczyny odwiedzałem autobusami albo na rowerze - nie narzekały, pewnie do dziś rzewnie patrzą na przejeżdżające przez ich wioski PKSy

Tak mi się później poukładało, że samochód stał się potrzebny. Żona, dziecko itp, itd. Na szczęście, na początku swojej przygody z motoryzacją nie musiałem kupować smutnej Skody, żeby trzaskać nią kilometry rozwożąc jogurty, Pancerwagena, żeby w nim montować ledy i diody, ani Hundy żeby mieć respekt na osiedlu dzięki rozwierconemu tłumikowi. Jednym słowem miałem wolną rękę, z zastrzeżeniem, że muszą być 4 drzwi i bagażnik mieszczący wózek. I tak usiadłem sobie w osamotnieniu gdzieś w ciemnym pokoju, poskrobałem się w głowę i zatopiłem w myślach. I myślałem, myślałem i pewnie bym myślał do dziś, gdybym nie przypomniał sobie jak, dziecięciem będąc, kupowałem Auto Świat. I jedna z okładek szczególnie zapadła mi w pamięć. Na niej była ona, wspaniała, srebrna Alfa Romeo... 156. I już wiedziałem - to będzie Alfa. Najlepiej Sportwagon. I zacząłem takiej szukać, nie wiedząc jaki ma mieć silnik, jakie wyposażenie, nie wiedząc nic o Alfach. A że przy tym szukaniu trafiłem na to forum, to się dowiedziałem, że to nie jest takie proste. Że silniki TS wybuchają, że wielowahacze, że 156 nie mają podłóg bo już dawno je zeżarła rdza... Troszkę zrezygnowany już chciałem się udać z powrotem do ciemnego pokoju na nową turę samochodowych rozmyślań, gdy zobaczyłem ogłoszenie na forum: sprzedam 155. Wcześniej nawet nie zakładałem, że będę miał kanciaka. I co się okazało? Cena samochodu - lepiej niż przystępna, jak wybuchnie silnik przy odcince to niewielka strata, wymieni się na nowy, jak tylko wyjdę żywy z płonącego wraku. Wielowahaczy brak. Części ogólnie śmiesznie tanie - jeśli ktoś nie wie o czym mowa, chociaż tu wszyscy są dobrze zorientowani, to polecam wizytę z "nowym" samochodem w ASO. Bagażnik ogromny, dużo większy niż w 156, pomieści nie tylko wózek ale nawet teściową. Wrażenia z jazdy próbnej? Bardzo pozytywne, są takie do dziś. I tak stałem się szczęśliwym posiadaczem Rosso Proteo 195 - po części z rozsądku a po części w wyniku dziecięcych marzeń, które tak się właśnie zmaterializowały.
A teraz epilog, trochę przemyśleń z ciemnego pokoju
Czy 155 jest to auto dla każdego? Na pewno nie - nie dla każdego kierowcy i nie dla każdego mechanika. Czy jest to "dobry zakup"? Za pieniądze, które trzeba na nie wydać - na pewno tak. Czy kupiłbym je jeszcze raz, gdybym mógł cofnąć czas? - Tak. Czy kupiłbym kolejną 155? Nie...

I tu chyba tkwi tajemnica tego rozdźwięku między miłośnikami danego modelu "aż nas rdza nie rozłączy" a całą resztą. Bo ja uważam, że samochód - jakikolwiek by nie był nasz stosunek do niego - to przedmiot użytkowy. Przedmiot, który jeśli nas cieszy i spełnia nasze potrzeby transportowo/rekreacyjne - spełnia swoją funkcję właściwie. Jeśli jednak nasze potrzeby ewoluują, to trudno oczekiwać od samochodu, że będzie ewoluował razem z nimi. Dlatego zmienia się samochody na nowsze, inne, lepsze. To tak jak z pierwszą miłością - wtedy była jedyna i najpiękniejsza, ale życie zwykle niesie ze sobą zmiany i nasze potrzeby/oczekiwania również nie są na to odporne. Są oczywiście szczęśliwcy dla których ta pierwsza miłość jest również ich ostatnią i należy im zazdrościć.
Ejmen
