Np. samolotem Poznań-Rzym leciałem 1:25. Więc tak samo się mogę zapytać Ciebie, jak żyć i męczyć się 9 h za kółkiem z przerwą na tankowanie.
Akurat bezpośredni lot Poznań-Rzym to już od 11 miesięcy nie lata, ale spoko. Natomiast do Rzymu, czy Barcelony też nie jechałem samochodem. Powiem więcej, do Monachium (ok. 1000 km z Warszawy), również nie jeżdżę samochodem, gdy celem podróży jest Monachium, a jadąc na narty przez nie przejeżdżam... Ciekawe czemu?
Czasy się zmieniają, większość ludzi wybiera transport lotniczy a nie użera się na zakorkowanych autobanach. W końcu urlop, prawda?
Prawda. A może nie. Niemcy jednak dość masowo jeżdżą swoimi autobahnami, natomiast jazda autobahnem, jakkolwiek przyjemna, nie jest tu celem zasadniczym, tylko to chyba już zależy od spojrzenia na świat...
Jak dla kogoś jazda to tylko użeranie się na zakorkowanych autobahnach to nie ma co jeździć. Wszystko zależy od celu wycieczki. Transport lotniczy ma swoje poważne ograniczenia, przynajmniej do póki nie leci się własnym samolotem. W szczególności, nie ma przełożenia "wyjadę godzinę później -> dojadę godzinę później", a to akurat ma duże znaczenie dla komfortu psychicznego. Poza tym, pakowanie się do samochodu jednak jest swobodniejsze, wrzucam co popadnie (trochę tetris jest), ale nie ma cykania się czy przekroczę, czy nie przekroczę 23 kg. Dla mnie to mały ból, ale dla kobiet spakować się na narty na 10 dni w 23 kg to jest trudna sztuka. Sytuacja się pogłębia, jeśli w okolicy, lub w miasteczku, jest dużo miejsc, gdzie można zrobić monstrualne zakupy ubraniowe, co niektórzy potrafią... Biedna Żulia była w drodze powrotnej tak zapakowana...
Akurat w Tesli mocno siedzę, więc się wypowiem - nie wspomniałeś o darmowym albo prawie darmowym ładowaniu do tych aut. W tej chwili rzeczywiście auto do 90% ładuje się w 30 minut, to już powstają pierwsze stacje o mocy nawet 350 kwh, które skrócą ten czas do 10 minut. W tym czasie coś sobie zjesz, rozprostujesz nogi i pojedziesz dalej.
Podobnie z bateriami - największe mają 100 kwh co daje zasięg 640 km. Uwzględniając prędkość 140 km/h bo takie są limity, zasięg spada do 390 km. Ale już zapowiedziana Tesla Roadster pozwoli przejechać bez ładowania dystans z Los Angeles do San Francisco i z powrotem. Z prędkością autostradową.
Kwestia 2-3 lat.
Tutaj muszę Ciebie zaskoczyć, skoro mocno siedzisz. W Tesli 3, o której rozmawiamy, nie ma baterii 100 kWh. Największe to wspomniane przeze mnie LR'y, 75 kWh. Więc mówienie o hipotetycznej Tesli 3, będzie miała 100 kWh baterie zwyczajnie nie ma sensu .

A obietnice Elona to... no, wiesz jak z nimi jest. Jak z programem wymiany baterii na trasie.
Jeśli chodzi o darmowe ładowanie, to Wikipedia twierdzi, że darmowe ładowanie superładowarką jest na ok. 1600 km... ROCZNIE. :edziahurra: To tyle co na narty.. w jedną stronę.

Ale pomijam kwestię kosztów, bo w to, że ktoś kupuje Teslę dla oszczędności w życiu nie uwierzę. Zanim była T3-ka porównywałem z darmowym nielimitowanym ładowaniem Tesli S ceny benzyny i ceny Tesli S. No i wyszło mi, że żeby kupić TS i jazda wyszła taniej niż Żulietta, przy moich przebiegach, zajęłoby to ok. 33 lat. Dla Żulii, która jest trochę droższa, to będzie ok. 26 lat. A mówię o Tesli S, bo Ty też wyciągnąłeś z niej baterię 100 kWh.
lol, bo w Polsce ograniczeń nie ma

a swoją drogą stała prędkość powyżej 150-160 jest w sumie w giuliettcie mało komfortowa...za głosno się robi...fajnie sobie pojechać 230 przez kilkanaście kilometrów w lecie jak jest sucho, ale na całą trasę do Włoch to już słabo...
U mnie niestety 230 km/h słabo, ale okolice 180 km/h mi odpowiada. Też nie dramatyzujmy, że 180-200 na pustej drodze na Wrocław (od Piotrkowa) to jakiś dramat. Często jest tam tak, że nie ma nikogo w zasięgu wzroku ani przed, ani za.

Natomiast, teraz te same trasy będzie robić Żulia, a w niej zupełnie inna skrzynia AT8, więc leci się nią pod 2 paczki i obroty są na poziomie 2 tysięcy z ogonkiem, więc jest dużo ciszej. I absolutnie nie jadę z taką prędkością całą drogę, tylko Polska i Niemcy. Zresztą w Niemczech pełno ograniczeń na autobahnach... Przekraczam graniczę AT albo CH i odpalam tempomat na 130/140
Na narty to się jedzie - raz do roku - nie trzeba koniecznie kupować auta żeby raz do roku by mieć wygodę podróżowania. Można je wynająć. A na inne wakacje: Barcelona, Rzym, jak samo powiedziałeś - lotem.
Niech każdy jeździ na te narty ile chce. Ja akurat w tym roku będę 2 razy w Alpach (jak w poprzednich) i raz już byłem w Strbskim Plesie (chociaż powiedzmy sobie szczerze, na nartach tam nie ma co jeździć, raczej chodzi o górskie widoki). Ale mam bliskiego znajomego, który jest w Alpach 3 razy do roku w zimie, i czasem, raz w lecie (ale już nie na nartach, tylko turystyka samochodowa). Z uczciwości odnotuję, że samochodem 2 razy, raz samolotem. Nie jest on natomiast zawodowym narciarzem.
Jeśli chodzi o wynajęcie samochodu w celu dojazdu na narty to dokładnie raz to przerabiałem właśnie, żeby spróbować. I poza tym, że jest taniej, to nie ma plusów. I tak trwa to cały dzień, a na Okęcie też nie mam daleko. Nie trzeba raz nocować po drodze, ale w zasadzie ja już to traktuje jako wyjazd i się relaksuje. Mamy ulubiony hotel w Schwabach, zajeżdżam sobie tam ok. 21. Odpalam "ein Helles, bitte" i czuję się zrelaksowany, a nic nie odsypiam. Już to jest frajda. Chociaż przyznaję, że na trasie Warszawa-Schwabach nie ma pieknych widoków, no ewentualnie można liczyć Autobahnkirche.
porównanie bez sensu, samochód na wakacjach daje wolność dojazd wspólnym busem na stok, każdy wyjazd poza miejsce na którym jesteś to koszmar albo wynajem samochodu na miejscu- co kto lubi. niektórzy lubią długie podróże samochodem

i zapewniam Cię, ze to nie jest kwestia kosztów

jak myślisz, czemu większość Niemców jeździ samochodami na narty? samolot jest dobry na wypad na weekend do rzymu czy barcelony, ewentualnie do wyjazdu poza europę
Właśnie tak, jest wolność, swoboda i jednak wygoda własnego samochodu. Prowadzenie wynajętego Wieśwagena dawało mi zero, słownie: zero, przyjemności. Przepraszam - dało mi przyjemność. Jak pomyślałem, że mogłem w tej samej cenie co Julka, kupić takie g.... to odczułem ogromną przyjemność, że tego nie zrobiłem. Jedno słowo: przepaść·
Może jakbym miał tak jeździć co miesiąc, albo robiłbym to z konieczności zawodowej, jak kurier, to by mi to się opatrzyło i znudziło. Ale póki co, przy tej częstotliwości przelotu przez Reich 2-3 razy/rok to jest 100% frajdy.
Natomiast drugi dzień jazdy to już poezja. Piękne widoki (!), ciekawa trasa z zakrętami, w jedną stronę kawka w Montreux, w drugą lanczyk przy tej Austriackiej górze... jak jej tam, Zugspitze? Szwajcarskie łąki z pasącymi się konikami. Austriackie łąki z rozrzuconym obornikiem. Austriackie radio z austriackim disco, że aż nogi rwą się do.. marszu. Tego w samolocie nie doświadczysz. Potem jakiś tunel. W zależności od konkretnego miasteczka, może jakiś przelocik po Włoskiej autostradzie (tu znowu ograniczenia prędkości traktujemy elastycznie). Nawet ubolewania na słabe oznakowanie we Włoszech jest klimatyczne. Eh, to jest duża część takiego wyjazdu, nie zamieniłbym tego na teleportację. I wierz mi, drugiego dnia nie jest celem, aby dojechać szybko, albo tanio.
Pozostaje właśnie to o czym wspomniałeś - przyjemność prowadzenia auta na długich trasach. Jednak to domena nielicznych, pewnie właścicieli Alf i BMW. Reszta chętnie zajęła by się czymś innym - w końcu nie każdy lubi długie trasy. Stąd też te całe halo wokół aut autonomicznych. Ja np. mieszkam niedaleko pracy, nie wyjeżdżam poza miasto, oprócz 2X w roku nad polskie morze i do rodziny z 4 razy w roku. Dlatego rozważałem Teslę Model 3 i właśnie Gulię, gdzieś też pałęta się Audi. Ale muszę przyznać, że najlepiej pod względem emocji czuję się w Alfie. Dużo robi też cena, która jak na 200 KM wydaje się być atrakcyjna.
I tu dochodzimy do sedna. Są osoby, które na co dzień jeżdżą po mieście, a wyjazdy dalsze kierują do miast dobrze skomunikowanych lotniczo. Ale są też osoby, które tak nie robią. 2 miesiące temu byłem Żulią w Strbskim Plesie (Słowacja), niby nie jest daleko, ale inaczej niż samochodem nie dojedziesz. Przepraszam, dojedziesz, dolecisz do Kraka wynajmiesz samochód, a potem 3h zakopianką. Tylko gdzie tu sens, bo od wyjścia z domu jadąc na lotnisko i lecąc i wynajmując, vs. ruszając samochodem, lecąc zyska się może godzinę, albo 30 minut. Przypomnę, że lotów do Popradu nie ma już chyba 2 lata. Bo gdyby były to prawdopodobnie leciałbym samolotem i hotel by mnie zgarnął z lotniska. Dodam też, że Żulią dużo ciszej się jedzie niż Żuliettą, faktycznie przy 180 jest cicho. No i dzięki temu czas google'a z Nowego Targu do Warszawy udało się pobić o godzinę. :edziahurra:
A w te wakacje byłem jeszcze Żuliettą na Słowenii. Znowu, są samoloty do LJU, ale przecież bez sensu siedzieć w LJU. Można wynająć samochód, tylko wynajęty samochód (a wszyscy wiemy, że rzadko się trafi w to co się chce) nie da mi tyle frajdy na Słoweńskich serpentynach w górach co moja Żulietta. A jeździliśmy wtedy po tych serpentynach duuużo. Dużo. Były takie 2 dni, że po odliczeniu dojazdów autostradami, zrobiłem 400 km tylko po górskich drogach. A byliśmy tam łącznie ponad tydzień. Więc kwestia przyjemności z jazdy jest ważna, jeśli ktoś lubi wczuć się w zakręt, a nie tylko się przetoczyć przez przełęcz.
Przykłady można mnożyć. Natomiast, to nie jest tak, że kupuje się jakiś (gorszy?) samochód, tylko dlatego, bo akurat raz w roku będzie wygodniej niż bez niego. Takim samochodem jeździ się na co dzień, natomiast patrząc na liczbę kilometrów (u mnie) to taki wyjazd jest bardzo istotną częścią użytkowania samochodu. Jedne Alpy to 3-4000 km, w zależności od miejsca, a regularnie po Warszawie robię mniej niż 1000 km miesięcznie. A zatem, 2 wyjazdy w Alpy + jakieś wakacje samochodem to praktycznie tyle samo, co robię przez wszystkie pozostałe miesiące, i dlatego też nie marginalizowałbym tych przypadków użycia.
Przyszłości upatruję w ogniwach wodorowych, bo dla mnie perspektywa jednak czasochłonnego ładowania co 200-300 km jest absurdalna.
Tą strasznie długą wypowiedzią kończę wątek na.. weekend, a na wszelkie pytania odpowiem dopiero po.

Tak, dobrze zgadujecie, przegonię Żula tu i tam.
