Konserwator nie musi sprawdzić klocków, czy oleju, ale jest całkiem prawdopodobne (jeszcze tego nie jestem pewien, ale sprawdzę), że każdą taką wymianę powinno się zgłaszać.
Inna sprawa, czy kierujący się zdrowym rozsądkiem, a czasem lenistwem właściciel będzie chciał takie rzeczy robić.
Będzie zgłaszał istotne wymiany ori na zamiennik, o których wspominasz, a może i tych wymian nie będzie zgłaszał; na własne ryzyko, bo o ile nikt mu nie naśle kontroli, to jeśli złapie go policja (o czym była mowa powyżej) za kiepski stan auta na drodze lub przytrafi mu się stłuczka/wypadek, wtedy wyjdzie szydło z worka i właściciel może ponieść konsekwencje prawne.
Mam teraz większą robotę do początku lutego, ale później zajmę się czytaniem ustaw i rozporządzeń dotyczących zabytków ruchomych. Zdam tutaj sprawę, bo najlepsza i najpewniejsza jest wiedza źródłowa, a nie powtarzane opinie.
Kwestia jest prosta od strony poglądów:
- Jeśli ktoś chce po prostu obniżyć (niestety, coraz wyższe) koszty OC i chce być niezależnym od konserwatora (ten ostatni niekoniecznie zrozumie, że w pewnych kwestiach można poprawić fabrykę w danym modelu, co Kasztelan słusznie zauważył), który jak sama nazwa wskazuje konserwuje, a nie pozwala iść do przodu i ulepszać wg własnej wizji, czy postępu techniki, to nic tylko zapisać się do PZM

;
- Jeśli natomiast ktoś chce, aby jego auto było zabytkiem i miało prestiż (nie cierpię tego słowa, ale niech będzie) jaki daje emblemat żółtych tablic, wtedy decyduje się na odpowiedzialność wobec państwa i potomności w postaci biurokratycznego odnotowywania każdej zmiany, czy wydawania nierzadko fortuny na ori części (na razie nie dotyczy takich aut jak 155) i nie przeraża go współwłasność państwa, wtedy żółte tablice są ok.
I jeszcze jedna rzecz - to, że ktoś stara się o żółte tablice nie oznacza, że je dostanie z automatu.
Auto musi prześć gruntowny przegląd, a decyzja wojewódzkiego konserwatora nie jest z automatu; może nie wyrazić zgody na wpis do rejestru zabytków ruchomych.