Pytanie nie najnowsze, ale mam nadzieję, że dobrze się wstrzeliłem w wątek.
Gdy trochę popada, złapię (nawet niedużą) kałużę prawą stroną, w mojej Belli zapala się kontrolka ładowania po chwili gaśnie (szybciej zanika gdy wkręcę obroty) <- wiem alternator. Był po renowacji (i może to był błąd, ze nie nowy). Ale bywa też taka sytuacja (heh, może większa woda) ze zapala się kontrolka ładowania, a gaśnie dopiero po jakimś dziwnym pisku. Coś jakby pasek się ślizgał.
Jak taka namoknięta postoi a później odpalę - na wolnych obrotach - dostaje świra i zaczyna ćwierkać (to ćwierkanie się nasila i jest totalnie irytujące gdy zwiększę obciążenie i załączę klimę). Przy wkręceniu na większe obroty, lub po kilkunastu km (na suchej nawierzchni) piski / ćwierkanie ustaje.
Troche to nienormalne abym co pół roku - jesień / wiosna - kupował nowy (też może paść) alternator.
Jakiś domorosły mechanik podpowiedział, że kupiłem za niskie auto na nasze koleiny z wodą i jedyne co,a by mi alternatora nie zalewało, to może mi tylko polecić
wannę spod silnika w VW T4. He he. Nie wierzę w tą bajkę. Stilo miałem obniżone w JTD i jak amfibia szło przez jeziorka. Jest już jesień, będzie buba.
Macie jakiś pomysł co z tym fantem zrobić, co wymienić, jakoś zasłonić, naprawić?